(21) Lingshet
Dziś odpoczywamy, dzień przerwy. Rano odwiedza nas Magik junior.

Dziś festiwal, ma być folklor i tańce. Mieszkamy na drugim końcu wioski, do klasztoru idzie się bez mała dwie godziny.

Na miejscu wita nas muzyka, bębny i piszczałki. Mnisi zgromadzili się w nie do końca zbudowanej kaplicy nieopodal klasztoru, pala kadzidła i modlą się. Miejscowi zgromadzili się dookoła. Całość wygląda, niespiesznie, nieco chaotyczne i improwizowane na bieżąco.










Bardzo mało turystów, oprócz nas zaledwie kilka osób. Siedzimy, obserwujemy, gryziemy twarde jak kamień kukurydziane placki.



Raz na jakiś czas podnosi się harmider piszczałek i mnisi z czubami obchodzą budynek.


W południe dołącza do nas dwóch z plecakami, idą w przeciwnym kierunku. Jeden - "il postino" - jest Włochem, jego przyjaciel pochodzi z Izraela. "il postino" dostał kilka dni temu list i dziesięć rupii na kuriera, adresat uczy się w miejscowej szkole. Festiwal jest statyczny, więc przenosimy się do jaskini nad wioską. Na drogę dostajemy kule z mąki kukurydzianej, wielkości piłek tenisowych. Zamiast obiecanych tańców niestety jest pogadanka ideologiczna.

Wieczorem Magik przyrządza specjał na kolację. Ciężko określić co to za smak, ale jest niezłe.


