(28) Kheerganga
Piątek, 19/08/2005, Kheerganga (28)
Pyszny omlet na śniadanie, pakuję do małego plecaczka śpiwór, sweter, szczoteczkę do zębów, nóż i "No Logo", reztę betów zamykam w pokoju i idę do Kheergangi. Widać skrótów jeszcze mi mało, kilka razy wycofuje się z marihuanowych chaszczy, potem grzecznie główną ścieżką do Tulgi, przerwa na cocacolę i idę dalej. Droga prowadzi zboczem doliny, lekko w górę, przez las, po lewej widoki. Po drodze czaj przy namiocie w towarzystwie Izraeli, idą do Tosh na rave party wysoko w górach, dziś. Na imprezy będzie czas w Krakowie. Wszyscy spotkani po drodze idą na party, fajnie, im mniej ludzi tym lepiej. Do celu przybwam około czternastej, spodziewałem się gorszego podejścia, ludzie straszą.
Kheerganga to malutka wioska przyczepiona do spadzistej polany, miej więcej w połowie góry, zaledwie kilka chatek. Nad wsią są gorące źródła i basen z widokiem na góry. Póki co za gorąco na gorącą kąpiel, więc przy butelce pysznego wyciskanego soku jabłkowego plaża na słońcu, książka, chmury się przewalają nad granią, atakują i wycofują, jak dwie ścierające się siły. Z tego słońca aparat budzi się na dwa zdjęcia i wraca do swojego letargu:

Pod wieczór idę pławić się w basenie. Po kąpieli szukam noclegu, jeden z namiotów jest podzielony wewnątrz płótnem na małe boksy i to wsytarczy za hotel. Na obiad thali, znowu pyszne, wokól Izraeli chullim palą, nie integruję się z nimi. Przysiada się jeszcze jeden, kojarże go z Kassol i z basenu, gadamy, popijamy czaj. Pod wieczór do naszego stolika się dosiada dziwna rodzina. Ojciec na oko wygląda na 80 lat, siwy jak gołąbek, brodaty jak Mojżesz, jego żona to autentyczna indianka z Kanady, podróżują z wnuczką, na oko 12 lat. Sędziwy patriarcha skręca dużego jointa swojej żonie, sam zapamiętale pali haszysz z małej fajeczki. Zaczynają rozmowę od krótkiego wykłądu na temat braku wad i samych zalet palenia haszyszu, a potem rozmowa grzęźnie, ze szczegółami opowiadają o każdej herbatce pitej po drodze tu. Mała rozpoznaje w Izraelicie Izraelitę po akcencie, a mój wskazuje, że pochodze z Ghany lub Burkina Faso. Delikatnie portestuję, ale jej zdaniem Europa to jest jedno państwo i mówi się tam po francusku, więc już nie ściemniam ze swim pochodzeniem ze starego kontynentu. Wtykam nos w książkę, Izraeli też i udaje się ich przeczekać, starzec łapie za guzik jakiegoś bogu ducha winnego turystę przy innym stoliku i już go nie wypuszcza, relacjonując ceny kubka czaju w dolinie Manikaran, temat rzeka.