(32) Good Bye, Himalaya
Wtorek, 23/08/2005, Amritsar (32)
W Amritsarze wysiadam około czwartej w nocy, jeszcze ciemno, gorąco i wilgotno. Jestem jedynym turystą, autochtoni ulatniają się, autobus znika, zostaję sam przy niepozornej ulicy zdany na pastwę rikszarzy. Początkowo klnąc w żywy kamień kręcę się po okolicy próbując złapać orientację, a za mną wataha rikszarzy. Niestety jestem zdany na ich łaskę - i oni o tym wiedzą. Spokojnie podążają, obserwują, jak szukam nazw ulic, szukam tego słynnego darmowego autobusu do złotej świątyni. Oprócz mnie i nich nie ma nikogo, nie mogę spytać o drogę. Poddaję się i za marne 15 rupii jadę do świątyni.
Pierwszy brzask. Ku memu zdumieniu pomimo nieludzkiej pory kręci się sporo ludzi. Z jednej strony głównego wejścia jest przechowalnia bagażu, darmowa - jak wszystko tutaj. Zostawiam bambetle, z kosza nieopodal wybieram hustę i zawiązuję na głowie, sandały zostawiam w kolejnej przechowalni, myję nogi w korytku. Nieopodal brodaci mężowie z kindżałami polewają herbatę - paskudztwo, anyżkowe - i rozdają chleb. I'm starving, nie wybrzydzam. Zaspokajam pierwszy głód, wkraczam do świątyni.
Zabudowania ogradzają duży kwadrat, pośrodku niego święta woda, a na środku niej - słynna święta Złota Świątynia. Zaraz będzie wschodzić słońce, różowe niebo, biały marmur, złoto i granat wody, bajeczne kolory. Wracam dać szansę aparatowi, taaaakie światło. Wracam jak niepyszny schować grata do plecaka, parszywy złom. Sporo ludzi. Jakieś procesje. Niektórzy symbolicznie obmywają się. Kiedy już się napatrzyłem, a słońce wzeszło, ruszam poszukać akomodacji.

Z jednej strony do terenu świątyni przylega coś w rodzaju małego parku, za nim są budynki mieszkalne i tuż obok wreszcie jakieś konkretne jedzenie. Narazie nie jestem głodny, więc rozeznaję sytuację noclegową. Dla sikhów przewidziane są małe jedynki, dla zwykłych turystów - zwykłe dormy. Odbieram plecak z rcepcji i loguję się na jednym z łóżek. Obok pakuje się trójka wenezuelczyków. Padam na łóżko, chwilę rozmawiamy - oni jadą do Kaszmiru. Jest szósta rano, powietrze gorące i gęste, duża wilgotność. Zapadam w gęsta mgłę snu, wtem wyrywa mnie złapany kątem ucha fragment rozmowy, wyławiam słowa "Polska" i "Wrocław". Wenezuelczycy gawędzą z jakąś dziewczyną - Agnieszka z Wrocławia, dziś w południe jedzie do Lahore ze swoim chłopakiem. Umawiamy się tutaj w samo południe na wspólną drogę dalej i sen ścina mnie z nóg.
Około dziesiątej budzik stawia mnie na nogi, idę w miasto poszukać pocztówek, których jeszcze nie spotkałem w tym kraju. Rozpytuję ludzi, są! Paskudne, rozmyte kolory, nieostre, ale są. Na poczcie zdobywam znaczki, obok za 300 rupii nabywam aparat z filmem i bateriami, w pobliskim parku wypełniam je treścią. Przeszkadzają mi Sikhowie, wypytują o Polskę i są szczerze zdziwieni, że językiem naszego kraju nie jest polski. Rzucam okiem na zegarek - jasna pyta, wpół do pierwszej, już jestem spóźniony! Błyskawicznie odzyskuję spokój, rzekłbym - iście angielską flegmę. Nie przybyłem tutaj spieszyć się, będzie co ma być. Spokojnie wracam do śwątyni, szuram nogą w wodzie, ale strażnik wraca mnie - proszę porządnie umyć nogi i schować sandały do plecaka, proszę, oto pańska chusta. Pewnym zaskoczeniem jest kapłan szorujący dno korytka ryżową szczotką, kwestia czytości to nie gest. Przy wejściu do sali jadalnej dostaję charakterystyczną tacę z tłoczonymi wgłębieniami, siadam po turecku w szeregu, brodacze wielką choclą polewają dhal (soczewica) i rozdają czapati do woli. Zerkam na zegarek - jednak trzeba przyspieszyć, granicę zamykają o 16, a jeszcze trzeba tam dojechać. Szybki prysznic i gnam do świątynnego autobusu, bogowie sprzyjają, jest już pełny, wbijam się do środka i odjeżdżamy na dworzec autobusowy. Przeltona ulewa.
Spławiam taksówkarzy, szkoda że jestem sam - na trzy osoby całiem przystępna cena jak na 30 kilometrów do granicy. Potem przesiadka w rikszę i jestem na miejscu. Terminal jak terminal, pierwszą spotkaną w środku osobą jest Agnieszka, drugą - jej chłopak, Czech. Należy wypełnić krótki kwestionariusz i z paszportem oddać w okienku, potem czekać. Bogowie nadal czuwają nademną, moje papiery przychodzą razem z ich, kontrola bagażu. Kolejny kwestionariusz, należy wpisać przewożoną walutę. Wpisuję 500 rupii i 20$, celnicy informują: wywożenie rupii z Indii jest NIELEGALNE, należy wymienić. Gdzie jest kantor? Po pakistańskiej stronie, hindusi i pakistańczycy kilkakrotnie odsyłają mnie do siebie, bez załatwienia formalności nie mogę przekroczyć granicy by wymienić walutę, z walutą nie mogę załatwić formalności. Rozwiązanie jest proste, wpisuję 500 rupii pakistańskich i idziemy dalej. Kolejna kontrola plecaków, kolejny formularz, spotykamy Bułgarów - Sonia i Dymitrij, też jadą do Lahore.
Ostatecznie udaje się przebrnąć przez granicę tuż przed zamknięciem. Dalej możemy wziąść taxi albo poczekać na autobus. Czekamy; buszujemy w słynnym przygranicznym kramie, gość kupuje i sprzedaje chyba wszystko. Ksiązki, telefony, przewodniki, scyzorki, dosłownie cokolwiek. Do tego całkiem miły z niego człowiek, przekazuje sporo informacji przydatnych w dalszej drodze. Za jakieś 7 pln kupuję jedyną polską książkę, "Lód" Władimira Sorokina, niestety kicha niemożebna. Jak się okazuje później, sprzedał ją Krzysiek miesiąc wcześniej ;-) Słony pot leje się z czoła i szczypie w oczy, z ulgą witamy autobus.
Autobus jest podzielony stalową przegrodą, kobiety z przodu, mężczyźni z tyłu. Agnieszka respektuje obyczaje, Sonia oświadcza, że Dymitriego nie zostawi, co mocno konfunduje lokalnych, poddają się. Przejazd kosztuje jakieś śmieszne grosze. Po drodze kupujemy pół orzecha kokosowego, gość wymienia cenę "fifteen rupee". Skłądamy się, deal, zjadamy kokosa, nagle rejwach: sprzedawca krzyczy, o co chodzi? Sprawa się wyjaśnia, miał na myśli "fifty", pół autobusu w śmiech, spadaj cwaniaku.
W Lahore jesteśmy po 18:00, Agnieszka z chłopakiem idą na poszukiwanie hotelu, a ja z Sonią i Dymitriem pakujemy się cudem do rikszy z plecakami i jedziemy szukać autobusu do Quetty. Niestety, dziś już nic nie jeździ, dopiero jutro o 6:00. Autobusem na dworzec kolejowy i tutaj też nie mamy szczęścia, jutro o 11:00 dopiero. Zatem czas na hotel, brak miejsc, brak miejsc, brak miejsc, brak miejsc, jest! Dwójka dla Bułgarów, dwójka dla mnie. Szybko stwierdzam, że okna mojego lokalu wychodzą na korytarz toalety, więc wymieniam go na kolejny - jest ok, z widokiem na schody. Dwa wielkie łoża, własna łazienka, to wszystko w cenie dwóch dolarów. Prysznic i idziemy na miasto, trochę "westernowo", wszystko spowija delikatna mgła kurzu, miasto nie cichnie nawet nocą. Posiłek w taniutkiej knajpie dla miejscowych i wracamy do hotelu, za parę groszy potężny kiść winogron. Gadamy, gryziemy, czas spać.

Wracam do swoijego pokoju, dalej koszmarnie gorąco, jakoś tak nie chcę jeszcze iść spać. Długo moczę się pod prysznicem, grubo ponad pół godziny. Potem mam kaprys na zimną cocacolę, pytam boya hotelowego, czy można tu jeszcze coś kupić, z czego wywiązuje się dłuższa rozmowa. Jest zaskoczony, że poprostu nie wysłałem go po colę, przedstawia mnie obsłudze hotelowej, rozmowa krąży wokół religii, to bardzo ważny aspekt życia tutaj.
Jest prawie pierwsza, kiedy kłądę się spać. Autobus o 6:00, na dojazd na dworzec liczę półtorej godziny, do tego zmiana czasu, wychodzi mi pobudka o 3:30, "24 hour party people"?