(37) Delhi, znów na chwilkę
W Delhi o trzeciej w nocy wysiadamy gdzieś, na jakimś dworcu. Opadnięci przez rikszarzy każemy się wieźć na Pahar Ganj, ale rikszarze jak jeden mąż twierdzą, że tam nie jadą, bo eksplozja była dziś wieczorem (tu następują malownicze opisy fruwających flaków). Ciężko znaleźć rikszę na Main Bazar, a jak znaleźliśmy, to i tak zawiozła nas Zupełnie Gdzie Indziej. Trudno, jest czwarta w nocy i po 22 godzinach w autobusach mamy trochę dość, zostajemy. Trochę niesmak, ale ile można wozić się z rikszarzami, by postawić na swoim?
* * *
Z rana odrzucamy plan Agry, Eryk boi się, że spóźni się na wieczorny samolot, a ja odczuwam brak gór i wizja podróży do magicznych miejsc blednie. Bierzemy rikszę na Pahar Ganj, by zjeść śniadanie, wypić piwo i zastanowić się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem.

Dzień toczy się własnym tempem, do południa buszujemy w labiryncie uliczek, potem jedziemy ogrodów Lodi, gdzie w spokoju można wypić przywiezione ze sobą piwo i poleżec na plecach pod palmami.


Popołudniu żegnamy się i opuszczam Delhi nocnym autobusem w kierunku McLeod Ganj.