(40) Bagsu

Rano w stalym punkcie śniadaniowym czeka książka od Hiszpana oraz liścik - przeprasza za nieobecność, ale dostał gorączki i dreszczy. Zostawiam w odpowiedzi inną książkę i inny liścik z życzeniami zdrowia. Ciekawe, czy uda się to piwo razem wypić. Opuszczam Green Hotel i idę do Bagsu. w sumie miejsce godne polecenia. Nie za drogo, miła obsługa, doskonałe ciasta, dość znośnie działający internet, tanio i sprawnie robią pranie. Ale widok z okien nowej bazy jest o klasę wyższy.
Od świtu pogoda ładna, przed południem niebo zaciąga się chmurami, wtedy przenoszę się do Tea Shopu.

W samo południe przychodzi rzęsisty deszcz - pojawia się tak samo nagle jak znika.


W połowie drogi z McLeod Ganj do Bagsu (te dwa miejsca łączy piętnastominutowy spacer przez las) siedzi facet i znakomicie gra.
