CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Czwartek, 4.V.2006,

4 maja 2006 Włochy 2006

Śpimy długo, wygodnie i nic nam nie przeszkadzają przykrótkie łóżka. Xyva nie budzi się, więc idę po zakupy. Na śniadanie będzie mozarella, chleb, pomidory.

Potem podróż do Pompei kolejką zwaną Circulum Vesuviano. Zasypane miasto odkładamy na dzień nastepny, dziś tylko wulkan, jedzie się autobusem, który długo pnie się wąskim asfaltem w górę zbocza. Postój w punkcie widokowym, zakup pamiątek, czyli w sam raz można rozpracowac trochę wina.

Dalej do góry autobusem, a potem piechotą, wyżej i wyżej. Piekna panorama z góry. Sam wulkan nieco rozczarowuje, duża góra i w niej krater, gdzieś na dnie odrobina dymu się ściele, w zasadzie nic więcej. Nie widzę lawy z sykiem torującej sobie drogę, piuropuszy dymu i fontany ognia, nie ma czarnego, szklistego bazaltu. Zasiadamy w fajnym punkcie widokowym zjeść coś, zaraz jakiś francuski ciul, przewodnik wycieczek czepia się, krzyczy o policji i szalonych turystach, co przeszli na druga stronę łańcucha łamiąc zasady zwiedzania, głupcy i szaleńcy jesteśmy, a on zaraz nas aresztuje.

Ostatnie spożenia na Capri i zatokę neapolitańską, powrót autobusem na dół i do domu.

Idziemy z Pawłem na prawdziwą pizzę po Neapolitańsku.

Obserwujemy, jak z wielką wprawą powstaje błyskawicznie powstaje na naszych oczach. Ciasto, sos pomidorowy, grubo krojona mozarella, oliwa i listek oregano. W wielkim piecu chlebowym piecze się tak szybko, że zaledwie zdążamy odpić łyk wina za rogiem i już odbieramy gorące, pachnące pudełka. Udajemy się z nimi kawałek dalej, na schody katedry zjeść. Jest pyszna, arcydzieło. Samo miejsce też jest ciekawe.

Wąska, kamienna ulica biegnie w dół do morza, po obu stronach ciasno utkanie kamienice, a pomiędzy nimi fasada katedry, cofnięta troszkę wyłamuje się z lini budynków, tworząc niewielki plac. Dzieciaki tam grają w piłkę, odbijając ją od owej fasady, która jest w całości kamienna. Całość robi wrażenie, trudne do określenia, ale mocne.

Potem szwędamy się po nocnych ulicach miasta, spotykamy Gośkę oraz Ismo, który wozi nas swoją czarną meganką w takt zajebiście głosnej muzyki, popijając kolejne hainekeny. Tak mija wiczór. Neapol żyje, pulsuje imprezą i dobrą zabawą. Ludzie piją piwo, piją wino, palą przed knajpami, śmieją się, bawią. Policja nie interesuje się niczym, gdzieniegdzie stoją radiowozy.

Późno w nocy jedziemy nad zatokę i wtedy już chyba jestem uzależniony od miasta. Spacerujemy po wybrzeżu, pijemy ostatnie heinekeny i skaczemy nad wodą po gigantycznych kamieniach nadbrzeża. Prawie nikt nie wpada do wody ;-))

Środa, 3.V.2006, znajdujemy neapolitańską bazę
Piątek, 5.V.2006, w Pompejach