(44) Delhi - Londyn - Warszawa - Kraków
Opuszczam Pahar Ganj o samym świcie i z grubym wyprzedzeniem zdążam na samolot. Trochę kamień z serca spadł mi. Jedzenie w samolotach British Airways jest o klasę gorsze niż w KLMie, alkoholu rozdają bardzo mało. Lot za dnia daje szansę zobaczyć Himalaje z góry, prawie jak maps.google.com, prawie.
Wielka Brytania wita mnie natłokiem zakazów i ostrzeżeń.

Obsługa lotniska czujna jest i już po chwili dostaję dedykowany zakaz fotografowania.




Zdjąć buty, przejść po macie i po gruntownej kontroli nareszcie trafiam na mniej strzeżone korytarze. Mam ochotę na cos przyjemnego. W wolnocłowym kupuję puszkę Strongbow'a za równowartość pięciu wypasionych obiadów w Delhi, łapię kolejkę i jadę do parku obrócić ową puszkę w cieniu rozłożystego drzewa.


Potem szybki lot i warszawskie Bemowo wita mżawką, wiatrem. W rozkładzie jazdy PKS widnieje autobus do Krakowa, brak niestety informacji, skąd odjeżdża. Przeprowadzony sondaż wśród przypadkowych osób daje garść informacji, które uśrednione wyznaczają kierunek. I rzeczywiście dworzec jest, po pustych peronach hula wiatr. Autobusu na rozkładzie nie ma, za winklem dwójka ludzi chowa się od wiatru. Też czekają na autobus widmo, gdzieś pod namiot nad morze jadą. Jakaś postać z drugiej strony, czeszka z dzieckiem tłumaczy, miał być autobus do Pragi, ale nie ma go. Nie mam pomysłu, co robić, więc nie robię nic, palim bidi razem. Autobus przybywa, uf... zapadam w sen i to już koniec podróży.