(38) Delhi - McLeod Ganj
Cała noc w drodze, o 7:00 Mandi. Chwila wachania, a może jednak do Kassol, a może znowu do Manali, a jednak jest coś w tym McLeod, tam jedziemy! Dalej kilka godzin dnem doliny i autobus zaczyna się wspinać serpentyną, czyli już niedaleko. Popołudniu W Dharamsali ląduję popołudniu, chwila czekania na busa. Do McLeod Ganj jedzie się jeszcze dwadzieścia minut, krętą wąską dróżką, tabliczki na poboczu informują, że ziemia nie jest nasza (pożyczyliśmy ją od naszych dzieci) i że należy dbać o środowisko naturalne. Jestem!

Najpierw szukam bazy, po pierwsze zeszłoroczny dorm. Niestety, wspólna sala jest nieczynna, a pokoje nieciekawe i drogie. Zapadam w Green hotelu, prysznic i idę w ulice.
Wieczorem w Baghsu zasiadam z książką w jednej z knajpek, niski jak ława stół i dywany na podłodze, muzyka z lat 60, rozkładam książkę i zamawiam miętową herbatkę, kiedy wpada rasta Izraeli. Chwila rozmowy i zaprasza mnie na swój wykład o kabale i jej silnych związkach z pewnymi odmianami tybetańskiego buddyzmu. Dodatkowo, jako że już tu siedzę, to za free, a pozostali płacą po 100 rupii. To jest argument, zostaję, powoli zapełnia się ludźmi, sami Izraelici. Mimo wszystko, he he, wykład będzie po angielsku ;-) Dość ciekawy zresztą.
