(42) Delhi... po raz czwarty i ostatni

Znowu jestem w Delhi. Dziś wieczorem wsiadam w samolot i opuszczam Indie.
* * *
Wczoraj wieczorem wyruszyłem nocnym autobusem z McLeod Ganj. Niestety, brak sleeperów, cała noc na siedząco. Godzinę przed odjazdem spotkałem jednak Hiszpana od książek, bardzo sympatyczny gość, zdążyliśmy wypić piwo i pogadać. Mówi, że kilka dni temu był koło wodospadów koncert grungowej kapeli z Tybetu, prawie jak Nirvana Autobus jest prawie pusty, więc zajmuję miejsce z przodu, za kierowcą, z widokiem na nocną szosę. Na sąsiednim fotelu krępy Tybetańczyk w skórzanej kurtce i długimi piórami wyjmuje zza pazuchy piersiówkę whisky i zaprasza. Pijemy, a on opowiada o stresach związanych z karierą lidera kapeli... i zalicza zgona. Przed północą postój na kolację i zgaduję się Nikko, rodowitym paryżaninem.
Nikko też jutro odlatuje do domu, jak się okazuje - o tej samej godzinie co ja, wspólne hobby nas jednoczy. Logujemy się w najfajniejszym hotelu jaki spotkałem w Delhi. Pokoje są na dachu, małe klitki niewiele większe niż przestrzeń zajmowana przez łóżko, bez okien, ale za to drzwi wychodzą bezpośrednio na dach.

Szef hotelu jest sympatycznym starszym facetem, który lubi się zrelaksować śpiąc w centralnym punkcie hotelu.

Sąsiadujemy też z wiewiórką.

Pahar Ganj z lotu ptaka przypomina coś pomiędzy betonową dżunglą a ruinami.


Tętni też życiem, w zaułkach i na dachach ciągle coś się dzieje.

Staruszek na sąsiednim dachu bierze prysznic w swojej łazience.

Na podwórku w dole Sikh manewruje motocyklem, jak on tam wjechał? Złożył go niczym statek w butelce?

Naprzeciw mikroskopijna piekarnia. Dizlowski generator pod ciasto? Czemu nie.

Na dole pieką się chapati.

Na dole śmigają riksze.


Ulica na dole to galaktyka sama w sobie.


Do tego meczetu nie wpuścili mnie po raz trzecie. Znowu przyszedłem w krótkich spodniach ;D

Wieczorem koncentrujemy się na piwie "Golden Eagle" i śledzeniu pulsu ulicy z wysokości.


Około dziewiątej wieczorem przybywa po nas zamówiona taksówka i niespiesznie udajemy się na lotnisko. Jesteśmy dobre trzy godziny za wcześnie, więc idziemy wypić pożegnalne piwo za rogiem terminala. Wszystko jest tip-top do momentu, gdy zastaję zamknięte bramki wejściowe, opisane jako "security controll". W punkcie informacyjnym obok dowiaduję się, że zamknięto jest 3.5 godziny przed odlotem i nie ma takiej szansy, bym odleciał dziś. Do drugiej w nocy czekam w biurze KLMu na oficera władnego zadecydować, co dalej z moim biletem. Dostaję wizytówkę z pieczątką i telefonem do delhijskiego biura KLMu... i tyle na dziś. Zaraz przed biurem spotykam Nikko wychodzącego z biura Air France, który identycznie spóźnił się na samolot. Pokój w hotelu mamy zapłacony jeszcze do 10 rano, więc łapiemy rikszę i wracamy. Miałem być o świcie w Amsterdamie, będę w Delhi, dla mnie bomba, szkoda tylko, że i tak trzeba wrócić.