Gwar wielkiego miasta (4)
Wtorek, 26/07/2005, Istambul (4)
Pobudka skoro świt (9:00), z jednej strony parking, z drugiej Morze Marmara. Rzęchem jadę do miasta, wysiadam na bramkach, postuj busów. Bankomatu ani za grosz. Płacę dolarami za minibus, kierowca jest Kurdem, pilnuje, by bileter mnie nie oszukał wydając resztę w lirach. Denominacja, zamiast niecałych dwóch milionów płacę dwa liry. Potem tramwajem do centrum, żar leje się z nieba, spaliny i duszno. Jakoś nie widzę w tym roku nic nadzwyczajnego, słabo, trzeba odespać i uciekać stąd szybko.
Podobno najtańszy jest Sindbad Hostel, tylko nikt nie potrafi wskazać drogi do niego. W końcu docieram, 5 orio za nocleg na dachu, HUH?! Idę poszukać hotelu Merham, rok temu było tam całkiem przyjemnie. Niestety, hotel w remoncie, ceny księżycowe, a sympatyczny staruszek zza konturau recepcji zniknął, teraz siedzi tam za klawiaturą grubas, MS Messanger to cały jego świat. Na myśl o tym, ile cierpienia ma w sobie powrót piechotą do Sindbada negocjuję wyjątkowo skutecznie. Na piętrze remont, robotnicy po turecku gadają, ale raz na jakiś czas słyszę swojskie "kurwa".
Prysznic jest rozkoszą. Potem zakupy, dużo zimnej koli, dużo pomidorów, ekmek. Potem obiad. Potem spać. Potem na internet, pierwsze wieści z Polski. Potem znowu spać. Potem jest wieczór, w pokoju duszno i gorąco, gwar ulicy zza okna, już mam dość miasta. Zimny Efes i idę na Sultanahmed.
Urok Stambułu objawia się z zapadnięciem zmroku, na ulicach ruch trochę maleje, powietrze robi się chłodne i rześkie, miasto jest pięknie oświetlone. Tubylcy nie poklepują w ramię sypiąc milion razy te same dowcipy, do fotografujących "nie zabieraj meczetu do domu, zostaw go w Stambule" (bu-hahahahahahaha), do przechodzących "skąd jesteś? z kosmosu? z jakiej planety?" (znowu się uśmiałem, trzymajcie mnie, jak mało-kiedy). Resztę wieczoru spędzam obserwując błękitną budowlę wzniesioną przez Sułtana Ahmeda w ciągu zaledwie siedmiu lat. Trwa pokaz światło i dźwięk, fontanna szumi, jest jak w raju. Niestety, jakiś loklalny trefniś postanawia zdbać, by samotnie siedzący turysta się nie nudził. Opcja "nie widze go" nie działa. Jestem sam? nie, z kumplami, Gdzie oni? Poszli coś zjeść. Co poszli zjeść? "Jakąś maumazyję". "What is yaka muzya"? Skąd jestem? Szczebrzeszyn. Jak się nazywam? Grzegorz Brzęczyszczykiewicz. Rozmowa (monolog) schodzi na temat jego brzucha i potrzeby jazdy na rowerze. Gość jest niezmordowany, ale przechodzące dwie turystki anglojęzyczne wybawiają mnie. Z radością jutro ruszam dalej.


