CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Hit the road, Jack!

14 sierpnia 2005 Indie 2005

Niedziela, 14/08/2005, Bhuntar (23)     Wstaję skoro świt, bus do Dharamshali, gdzie uzupełniam zapasy gotówki, potem bardzo powoli autobus wiezie mnie ku kolejnej przesiadce. Przy drodze military school, nad bramą motto: "come to learn, go to serve", nikogo w pobliżu, na schodach kilka psów, dosłownie "miasto i psy" ;-) W południe ruszam dalej autobusem do Mandi, gdzie docieramy o siedemnastej. Tam rzutem na taśmę łapię ostatni dziś autobus. Wcześniejsza droga prowadziła u stóp gór, teraz wjeżdżamy w głęboką dolinę Kullu, rwąca rzeka niemal nie pozostawia miejsca dla wąskiej drogi, która wije się wzdłuż zbocza, a czasami w tunelach. Czuć zmianę powietrza, tu jest suche, aczkolwiek słońe szybko chowa się za krawędzią doliny. Czytam po drodze przewodnik, brzmi obiecująco:   "Od 1996 do 2001r. w dolinie Kullu zginęło lub zostało zamordowanych ponad 18 zagranicznych turystów. Zniknięcia osób po samotnym wyjściu na wędrówkę zanotowano w wioskach Naggar, Malana, Manali, Manikaran i Kassol. Do niedawna indyjska policja większość zaginięc uznawała za wypadki podczas wyprawy, ale po brutalnym zamordowaniu niemieckiego turysty w lipcu 2001r, i zabójstwie Hiszpanki z dzieckiem w sierpniu 2000r wydaje się prawdopodobne, że wielu zaginionych spotkało to samo.   Region ten jest centurm produkcji marihuany (charas), dlatego o udział w tych zniknięciach podejrzewa się mafię. (...) Należy zachować szczególną ostrożność przy zawieraniu znajomości z hinduskimi ascetami (Sadhu) i innymi osobami wędrującymi po góach.   Od 1998 policja w Kullu aktywnie niszczy uprawy marihuany oraz nęka handlarzy."   W Bunthar o 19 już muszę zostać na noc, następny autobus do Kassol jedzie dopiero jutro, taxi 600 rupii. Miasto raczej nieciekawe, kilka drogich hoteli o średnim standadzie, na nich są skazani pasażerowi samolotów, to jedyne lotnisko w okolicy. Trochę jak w westernie, nieciekawa zabudowa, raczej pusto, gdzieniegdzie kilka osób siedzi nic nie robiąc, nic się nie dzieje. W którymś z rzędu hotelu za 110 rupii mam własny pokój o kształcie wyciągniętego trapezu i powierzchni prześcieradła. W każdym razie jest okno i wentylator, a nawet miniubikacja 80x80cm, z kranem, coś jakby prysznic. Zanim zdążyłem dobrze usiąść, pukanie do drzwi - boy przyniósł dzbanek wody, szklandkę oraz czarną grudkę wielkości groszku - "a joint for You", podobno wliczony w cenę. Cóż, co miejsce to obyczaj.
  Głodny jak smok idę poszukać kolacji, po dłuższym chodzeniu przy rzece trafiam na kilka restauracyjek dla miejscowych. Ciężko się dogadać po hindusku, nie znam nawet nazw podstawowych potraw poza "czaj" i "czapati", w końcu zamawiam coś na ślepo, ma być tanio, 20 rupii. Okazało się, że zamówiłem rosół z kawałkiem kury i czapati, ostre, dobre. Tymczasem pojawia się jakiś starszy jegomość, przynosi chusteczki i szklankę z wodą, pyta czy coś jeszcze. Potem, kiedy płacę, na widok portfela wcina się "40 rupee", a minę przytym ma taką chytrą, oczy mu się święcą, tyle radość, że i mnie ona się udziela i wesoło daję się orznąć na niecałe dwa złote ;-) I to tyle na dziś.

(22) Waiting for the sun
Like Rain on Your Day