(15) Leh - Lamayuru
Na dworcu autobusowym w Leh jest ciemno, zimno, pusto. Miasto śpi. Jest piąta rano i pierwsi pasażerowie zaczynają się gromadzić. Aśka rozmawia z francuzami, więc zapadam w półniebyt na dworcowej ławce. Jedziemy do Lamayuru.
Miejscowi twierdzą, że z biletami nie ma problemów, ale choć zjawiliśmy się z wyprzedzeniem, wszystkie miejsca są zarezerwowane. Bez problemu negocjujemy miejsce w kabinie kierowcy, takie sytuacje nie są punktem zapalnym problemu w tej części świata, wszyscy chcą jechać a nie komplikować sobie życie. Wyruszamy o bladym świcie.

Nasz kierowca, miły, zadumany człowiek, rozmiłowany palacz.

Pierwsze śniadanie, zatrzymujemy się przy małej restauracji i do jedzenia mamy śmieszne placki, które smażone w głębokim oleju nadymają się niczym balony.

Małe conieco w słonecznym miejscu.


W południe docieramy na miejsce. Nazwa Lamayuru pochodzi od słowa yungdrung oznaczającego swastykę. Malutka miejscowość, leży trochę w bok od głównej drogi. Cisza, spokój, brak prądu, telefonu i Internetu. Punkt wypadowy dla treków do Alchi, Padum (stolicy Królestwa Zanskaru).
Ta miła pani poprosiła o zrobienie zdjęcia, należało się 30 rupii.

Lamayuru:


Na miejscu robimy małe rozeznanie odnośnie treków. Ceny są znacznie niższe niż w Leh, natomiast nie ma możliwości wypożyczenia sprzętu turystycznego. Mały zonk, poza butami mam tylko śpiwór. Ustawiamy się na wieczór z sympatycznym przewodnikiem, właśnie wrócił z gór, przeprowadził dwójkę francuzów, są bardzo z niego zadowoleni i polecają. W międzyczasie dzieci wesoło wybiegły ze szkoły:

Logujemy się w hotelu (to ten duży, biały, na środku)…

z wypasionym widokiem z łóżka…

….widokiem również na konkurencyjny hotel:

Mantra kuta w kamieniu. Być możne jest to om mani pade hum, być może zupełni co innego:

Południe spędzam na nicspecjalnegonierobieniu. Południowe słońce miło grzeje, za oknem toczy się życie:

Nasi znajomi mnisi dotarli i tu. Kręcą się po okolicy i robią zdjęcia, dużo zdjęć:

Asia wpada z informacją, że w gompie mnisi mandalę http://en.wikipedia.org/wiki/Mandala sypią. Pokonuję lenistwo, odrywam się od „hitchhikers guide to the galaxy”. Po drodze dwóch adeptów buddyzm z dumą prezentują listek marihuany na nadgarstku:

Mandala, jaka jest, każdy widzi. W świątyni półmrok, cisza, krąg turystów. Trójka mnichów i europejsko wyglądająca kobieta sypią:





Za dwa tygodnie mnisi zepsują swoje dzieło. Póki co, w skupieniu pracują. Luźny mankiet zahaczył o krawędź – trzeba delikatnie wymieść piasek i powtórzyć pracę. Półmrok, małe okienko, nie można błyskać lampą, ale to nawet dobrze,
Niektórzy mnisi zdają się być lekko zblazowani.







Przy klasztornych ścianach wre praca, suszone na słońcu cegły z błota są podstawowym materiałem budulcowym.






Wieczorem faza, sąsiadka z pokoju obok, młoda Francuzka, dostaje skrętu wnętrzności i leży zwinięta koło drzwi. Jej mąż średnio wie, co z tym zrobić, a najbliższy lekarz dalekie kilometry stąd. Na szczęście Aśka wpada na pomysł typu „czy jest na sali lekarz?” i po chwili wraca z nim.