CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Like Rain on Your Day

15 sierpnia 2005 Indie 2005

Poniedziałek, 15/08/2005, Kassol (24)

Skoro świt autobus do Kassol, tym razem nie jestem jedynym białym w autobusie, jedzie jeszcze jeden izraelita. W zasadzie chciałem do niego coś zagadać, ale jest szósta rano i niespodziewanie zapadam w sen. Droga szybko mija i o dziesiątej jestem na miejscu. Kassol to malutka wioska w słonecznej dolinie. Słońce, ciepło, wysiadam na małym placyku, zbiegają się trzy drogi. Dwa biura podróży, dwa sklepy, stoisko z pamiąkami, jeden monopolowy i herbaciarnie. Czaj, plecak pod opiekę właściciela i w kwadrans zwiedzam całą wieś w poszukiwaniu hotelu, pokój w domu prywatnym ma całkiem niezłe warunki. Z okna ładny widok w dół na centrum wsi.

W pascalu wyczytać o okolicy można niewiele więcej poza tym, że jest, więc zasięgam języka, gdzie można iść. Miejscowa legenda głosi, że pół godziny stąd odnogą doliny jest kolejna wioska Garaman, w kafejce internetowej zakupuję ręcznie rysowaną Mapę Trekkingową i ruszam.

Po godzinie słońce znika i deszcz padać zaczyna. Na wszelki wypadek idę jeszcze drugą godzinę, a potem trzecią, a legendarnej wioski jak nie ma tak nie ma. No trudno, wracam do Kassol, gospodyni wskazuje warczący nad zboczem helikopter, poszukuje zaginionego Izraelity, zniknął 2 lipca. Miejscowi twierdzą, że szukają gościa tylko dlatego, iż posiadał drugie obywatelstwo - australijskie.

Pogoda pod psem, nie mam ksiażki. Jakoś tak samotnie i do dupy. Szwędam się tam i spowrotem po wsi szukając jakiegoś towarzystwa, ale bez sukcesu. Jakiś starszawy gość podchodzi do mnie i recytuje: "two birds meet in the sky, and I met You, why?", po czem pyta, czy mam dla niego "lucky coin". Gubnię go, idę na obiad - i tu miły akcent: kiedy podnnosze rękę by zamówić kolejny czaj, gość przy stoliku obok podaje mi swoją szkalnkę i mówi, że to dla mnie, bo on nie chce. Duszę odruch by odmówić, w końcu ti jedyny urodzinowy prezent w tym roku ;-) Wbrew podręcznikowi, do środka nie dodano żadnych narkopstryków. Potem kupuję dwa browary i w mżawce udaję się do domu. Jedyny czynny o tej porze lokal to namiot opisany szyldem "klub bilardowy". W środku głośne umc umc umc i kilku lokalsów, raczej smętnie i pustawo. Wracam do siebie celebrować i robie remanent, odkrywam najpierw brak mp3 playera, a potem 150 funtów syryjskich (jakieś trzy dolary), noża do taper, dwóch blaszanych branzoletek, baterii paluszków i ręcznika.

Wieczorem gospodyni przynosi mi bardzo dokładną, piórkiem na kalce rysowaną ręcznie mapę okolicy, format A2, rarytas ;-) Za oknem kisi się mżawka, więc wcześnie spać. To jest ten dzień kiedy ma się wszystkiego dość, kładzie się laskę na to całe podróżowanie i nachętniej spać do późna we własnym łózku, w domu, niech nic się nie dzieje.

Hit the road, Jack!
Are You Sikh?