CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

(12) Manali

14 sierpnia 2006 Indie 2006

Budzę się wcześnie, leniwy poranek. Składam wczorajsze fakty: całodzienne telepanie po wertepach, o suchym pysku i pustym żołądku. W Manali spędzam kwadrans w bankomacie, który oficjalnie akceptuje moją karte płatniczą, ale po podaniu pinu wyświetla reklamę. Czasami też generuje ostrzeżenie o błędzie i w zasadzie na tym koniec.

Drugi bankomat z daleka straszy kartką "only hindii cards", doświadczalnie sprawdza, że nie są to czcze słowa. Trzeci akceptuje kartę, akceptuje pin, prosi o podanie kwoty do wypłaty, po chwili dziękuje za odebranie gotówki, oddaje kartę, drukuje potwierdzenie wypłacenia pieniędzy i zaprasza ponownie. Czwartego bankomatu nie znalazłem. Za ostatnią kasę kupuje mineralkę, plecak mi ciąży, jestem głodny i nie stać mnie na wymarzony obiad. Długie krążenie po obrzeżach za hotelem widmo, plecak ciąży, a frustracja narasta.

Ale to było wczoraj, dziś już nie istnieje ślad czarnych myśli z wczoraj. Manu przesyła smsa z informacją, że żołądek wyłącza go z gry, zatem piękny poranek rozpoczyna śniadanie. Zaraz potem znajdujemy czwarty, sprawny jak niewiemco, bankomat. Wypłacam gruby plik nowiutkich banknotów.

Nieopodal tybetańska świątynia tablica na ścianie informuje o okrucieństwach dziejących się tam.

Wewnątrz ciepło, słonecznie, wesoło, przyjaźnie.

Przed wejściem staruszek mnich drzemie w promieniach słońca.

Na śniadanie wybieramy pełną tubylców dhabę, wzbudzając nieskrępowane zainteresowanie.

Kolejny punkt programu to wypożyczalnia motocykli.

Enfield to zadziwiająca maszyna, na pierwszym kilometrze gubię kluczyki, ten ze stacyjki i ten spod siodełka. Okolice Manali słyną z jabłek i rzeczywiście, w bocznej dolinie spotykamy zbieraczki owoców.

Kolejny punkt programu to szesnastowieczny, drewniany zamek, pięknie położony nad doliną.

Dalej podążamy w stronę Kullu, miasteczka słynącego z jabłek oraz szali. Miasteczko jest malutkie, a ulice bardzo wąskie i tłoczne do tego stopnia, że kierowcy składają lusterka, by się minąć. Tętni życiem.

Sikhijska świątynia:

Kolejna świątynia, nie jestem pewien jaka, ale wygląda na to, że miejscowi czczą w niej drzewo.

Im więcej migających światełek, tym lepiej:

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły:

Kullu. Po prostu Kullu:

Powrót po ciemku, Manu nadal niedomaga. Kolacja, pakowanie i w nocy ruszamy do Leh. Ostatni raz.

(11) ...wracam do Manali...
(13) Manali - Leh (2)