(05) Manali - Leh
Przed drugą w nocy opuszczamy hotel, oczywiście deszcz siąpi w najlepsze. Manali to skupisko budynków wzdłuż głównej ulicy, opustoszałej o tej porze, jeśli nie liczyć kilku zmokniętych, chudych bezpańskich psów. Mamy czekać na jeepa, pojawi się w właściwej porze, tak to tutaj funkcjonuje. Siedzimy, gadamy, z góry idzie jakiś facet z małym plecakiem i dużą gitarą. Jak się okazuje, on też do Leh jedzie. Jak się potem okaże, pochodzi ze Strassburga a w niedalekiej przyszłości niejedno piwo wypijemy razem.

O umówionej godzinie pojawia się jeep marki Tata, czyli przedpotopowa konstrukcja na licencji Toyoty, zdolna przetrwać podróże po największych bezdrożach. Aśka i Marcin zajmują honorowe miejsce obok kierowcy. Mnie i Manu przypada ławeczka w bagażniku. Początkowo jest nawet dość wygodnie, jednak dochodzą kolejni pasażerowi: do nas, elity z bagażnika dołącza Sikh w turbanie:

oraz Tybetańczyk z wielkim śpiworem oraz zestawem DVD. Pozostałe dwa miejsca zajmuje czwórka Hindusów rozmawiających między sobą po niemiecku. Tak wypełniony pojazd zapewnia uśmiech na twarzach, równość i braterstwo, niczym puszka sardynkom. Tybetańczyk zasypia i śpi praktycznie całą drogę, jakiś czas minie zanim my nauczymy się spać w telepiącym się po wertepach pojeździe.
Pierwszy postój, gdy niebo zaczyna szarzeć. Z dziką przyjemnością opuszczamy ciasne wnętrze pojazdu, krajobraz jest nieziemski: jesteśmy na zboczu jakiejś gigantycznej doliny, droga przed nami niknie w nieskończonych serpentynach.








Dalej w drogę. Widoki za oknami bajeczne. Plecy bolą. Skurcz łapie. Głowa wali w sufit na co większych dziurach, więc też boli. Jedziemy już jakieś 10 godzin. Pozostało mniej więcej drugie tyle. Abstrakcja. A tak poza tym, to jest naprawdę nieźle, góry - nieziemskie, miejscami wręcz - księżycowe.





O zmroku mijamy przełęcz Kang La. Zimno i mgła, jesteśmy spóźnieni, już powinniśmy być w Leh, na dodatek jeden z Hindusów puszcza pawia. Choroba wysokościowa mniej lub bardziej daje się we znaki. Kawałek za przełęczą pęka resor, chwilę później drugi raz, więc dalej jedziemy z prędkością pomiędzy 10 a 20km/h. Hindusi zagadują mijanego jeepa, przesiadają się do niego - i jak się później okazuje, dwie godziny później sa na miejscu. Nas czeka jeszcze jakieś sześć godzin. Tak czy inaczej - do Leh docieramy o trzeciej w nocy. Asia, Marcin, Manu i ja jednoczymy siły w poszukiwaniu czegokolwiek. Miasto jest małe, noc bezksiężycowa, za to bogata w gwiazdy. Ulice wyludnione, w oknach ciemno, dopadamy zapóźnionego przechodnia. Gość zachęca, by dobijać się i w środku nocy: "it is very polite and common in Leh", zapewnia zupełnie niepotrzebnie, nam i tak wszystko jedno.
W jednym z okien nikły płomyk świeczki, na ogrodzeniu napisane "welcome", nie trzeba dwa razy powtarzać. Najpierw wbijamy się na podwórko, zachęceniu brakiem jakiejkolwiek reakcji, po schodkach do recepcji. Zawinięty w derkę ktoś spi w środku, nie daj się zbudzić: najpierw delikatnym "excuse me" i pukaniem, potem dzikim chrząkaniem, łomotaniem w szybę i szarpaniem za ramię. Napis na drzwiach "welcome in" nie budzi wątpliwości, wchodzimy do drewnianego wnętrza; rozświetlony świeczka ołtarzyk i sześć łóżek to cały wystrój pokoju. Klimatycznie, spartańsko, trochę jak w klasztorze. Trzy łóżka sa wolne, niejasny gest jednej z postaci bierzemy jako zaproszenie. Z Manu wyskakujemy jeszcze na zwenątrz zapalić, popatrzyć w gwiazdy i pogadać o Sensie Istnienia oraz o tej lasce co ją rano spotkaliśmy. Czwarta w nocy i nieistotne, co to za miejsce na nocleg mamy - jest zajebiście.