Odlot (9)
Niedziela, 31/07/2005, Syria -> Mumbaj (9)
Tej nocy naprawdę budzę się co chwilę, ale o 7 rano jestem wyspany i niczym młody bóg pakuję plecak, idę szukac dojazdu na lotnisko. Na dworcu autobusowym nikt mnie nie rozumie. Na postoju taksówek - to samo, życzliwi kierowcy proponują wycieczkę do Damaszku. Rysuję pas startowy, samoloty, niebo, słoneczko, oni sie uśmiechają z zainteresowaniem, kiedy idaję samolot i macham rekami. Wracam do hotelu, niespodzianka, drzwi zamknięte, nikt nie otwiera. Łomoczę znalezionym kawałkiem deski w stalową blachę, zanim ktoś otworzy. Właśniciel hotelu odrobinę mówi po angielsku, ale dopiero rebus skutkuje, napieram drugi raz na dworzec, tym razem z plecakiem oraz karteczką, na której po arabsku jest napisane "lotnisko" oraz nazwa lotniska.
Złudne poczucie sukcesu, przed czasem, kierowcy głowią się nad kartką, o czymś dyskutują, w końcu prowadzą do kogoś, kto zna kogoś, kto ma kolegę, który mnie zawiezie. Taxi ma kosztowac 3$, czyli odrobinę mniej, niż mam przy sobie. Fajnie, zostanie na colę. Biały minibus kieruje się ku obwodnicy, zostawia za sobą miasto, skręca w jakąś podejżaną drogę. Nie podoba mi się to, więc układam plan awaryjny: zadzwonię do ambasady Sytrii w Polsce i tam dorwę kogoś, kto mówi po tutejszemu. Droga coraz gorsza, swojskie dziury w asfalcie, z jednej strony wał śmieci, z drugiej - drut kolczasty i jakies krzaki. Kierowca z miną olimpijczyka własnie odznaczonego złotym medalem zatrzymuje się pod dziwnym budynkiem i otwiera drzwi. Nie wiem, co jest w budynku, ale jestem pewien: to NIE jest lotnisko, za dużo czołgów, żołnierzy, wierzyczek strzelniczych, worków z piaskiem i karabinów maszynowych, za mało turystów i samolotów. Kierowca otrzymuje długą zjebkę od wartownika, zawraca i ucieka wertepami, jakby właśnie dostał propozycję ustawienia się pod murem, twarzą do ściany, z rękami nad głową. Tym razem trafia dla odmiany na lotnisko. Cały czas mam przeczucie, że coś w ostatniej chwili zawiedzie.
Do odlotu jeszcze prawie godzina, ostatnie funkty ida na colę. Powoli zaczyna się odprawa, mój bilet nie budzi zastrzeżeń. Przed ważeniem bagażu dopada mnie umundurowany w garnitur gość i pyta, czy mógłbym lecieć następnym samolotem, bo są pewne problemy. Oczywiście, że mógbym, staram się nie robić problemów, ale nastepne przelot do Sharjah będzie dopiero za dwa miesiące. Czy mam może przy sobie wiże Zjednoczonych Emiratów? Pan wybaczy, niestety nie. Czy byłbym łaskaw posiedzieć chwilę tam na krześle, pod ścianą? Oszywiście. Miłe zaskoczenie, gość mówi po angielsku!
Wedle zegara na ścianie, samolot odleciał 10 minut temu, ale przy wagach cały czas kłębi się tłum, przeciętny Arab w czarnym garniturze wozi ze sobą trzy kilogramowy czarny neseser, a Arab w białym, tradycyjnym kitlu nie wsiądzie do samolotu bez pięciu toreb podróżnych o łącznej wadze 270kg. Wraca facet, informuje, że jeszcze kilka pilnych telefonó i coś się wyjasni. Pół godziny później pojawia się znów, zapewnia, że wszystko jest OK, zaprasza do wagi. Mój plecak, zaledwie 18 kilo, mój Boże, w ich oczach musze być nikim z taką wagą. Kolejny kontuar, mundurowy przegląda paszport, odrzuca: gdzie jest "stamp"? Jaki stamp? Nie wiadomo, "stamp" to jedyne słowo po angielsku oprócz "NO", żadna z pieczątek mu nie pasuje. Trochę to bez sensu, pokazuję mu kolejno pieczątki w paszporcie, kolejno je odrzuca. Pieczątki się kończą, kończy się moja cierpliwość. Facet znowu się pojawia, tłumaczy: opuszczając Syrię nalezy w hali głównej, koło wejścia uiścić opłatę. Fuck, wracam przez bramki, wypłataw bankomacie, niby cztery tylko dolce, ale co ja zrobię z 300 funtami syryjskimi dalej?! Dostaję upragniony stamp. Mój plecak odjeżdża w dal, podobno będzie czekał już w Mumbaju, jakoś nie przekonywująco to brzmi. Kolejna poczekalnia, za szybą widać lotnisko, obok sklep wolnocłowy, w któym nie mogę (a) płacić funtami (b) wymienić waluty (c) płacić kartą. Godzinę później - ufff - autobus wiezie nas do samolotu.
Odlot. Modlitwa z głośników. Przylot. Syria była cywilizowana z powietrza, Emiraty - to pustynia, poprzecinana autostradami, czasami ślady czlowieka: masteczko, jakiś pałac, zasypana piaskiem stara droga. Przesiadka, nic ciekawego, kolejne godziny oczekiwań, odlatujemy już po ciemku. Samolot wypełniony tym razem ciemnymi, uśmiechniętymi twarzami. Pilot zaopwiada aktualną pogodę u celu: podobno ulewa. Przy obecnej spiekocie brzmi to abstrakcyjnie. W czasie lotu próbuję zakupić szklankę whiskey, ale nie bardzo moge się dogadać z obsługą, więc całą drogę rozczytuję podręcznik Pascala i wypisuję miejsca, które chciałbym odwiedzić.


Lądowanie. Chwilę rozmawiam z Hindusem obok, zasięgam języka. Colaba ponoć dość daleko, wedle tutejszego czasu przybywamy na miejsce o 2 w nocy, ale warto zainteresować się pre-paid taxi. Wszyscy dostają karteczkę, wypełniamy i można udać się na poszukiwanie bagazu. Ocho, zaraz się zacznie. Nie zaczęło się, mój plecak wyjechał od ręki. Twardo odmawiam konikom (wedle Pascala, wszyscy oni są złodziejami), nie am głupich, zamiast wymieniać walutę, wypłace sobie z bankomatu. Jedyny bankomat jest zepsuty i muszę się przeprosić z tymi miłymi panami. W okienku podaję, gdzie chcę jechać, płacę i dostaję karteczkę z numerem pojazdu. Na zewnątrz kłębi się milion minitaksówek, a z nieba woda napiera ulewnie. Z pomocę policajnta odnajduję mojego kierowcę, kierownica po złej stronie. Jedziemy dość długo, mało skutecznie walczę z sennością. Ostatnio co pamieam, to ludzie śpiący wzdłuż ściany, na chodniku, tam, gdzie mniej pada.
Budzi mnie taksówkarz, jesteśmy, cena zapiera mi dech w piersiach: 520 rupii. Próbuję zbić cenę, ale przysypiam jak tylko przestaję mówić, nie ejstem w pozycji do negocjacji. Macham ręką, biorę pokój. Jeszcze nie zdjąłem plecaka, a już wydałem te 20$, co je na lotnisku wmieniłem. Jak tak dalej będzie, to popłynę z torbami, gdzie te legendarne hotele za pół darmo?!
Rozglądam się po pokoju, pamiętam Pascala: "jesli na pościeli lub na ścianach znajdują się ślady krwi, to pewnie w łóżku żyją pchły". Pokój jest mały, łóżko wielkie, przyjasne, z czystą białą pościelą. Na ścianach podobnie, ani śladów posoki. Drzwi zamykane na skobel i kłódkę, tak już będzie wszędzie. Obok łóżka trzy przełączniki. Pierwszy - obsługuje światło. Drugi - włącza i wyłącza wentylator. Wciskam trzeci - w drzwiach staje boy, wino, piwo, wódka, cola, woda? Czego mister sobie życzy? Mister dziękuje, zaklucza kłódkę, ostatkiem świadomości zdejmuje buty oraz plecak i zapada w kamienny sen.