opowieści sintryjskie

Skończył delektować się whiskey pod plażowym parasolem i ruszył na południe. Gościnność Portugalczyków poznał zaraz za granicą, na pierwszym postoju. Kierowca zajechał pod gigantyczne szklane akwarium położone na wzgórku za miastem, pełniące rolę centrum komunikacyjnego i oświadczył, co następuje: jest szesnasta i za godzinę będzie szesnasta, albowiem zmieniamy czas, i właśnie za godzinę podjedzie tu następny autobus - i tyle go widzieli. Pasażerowie rozpęłzli się po okolicy.
W cieniu pod ścianą siedziało dwóch takich, w słomkowych kapeluszach, z plecakami i gitarą, gestykulujących energicznie, a ich mowa opierała się na dźwięcznych "s" oraz "sz". Ich język brzmiał podobnie do rumuńskiego, trochę może jak rosyjski, nuta słowiańskiego, ale jednak zupełnie inaczej. Trzeba zbadać. Poczęstował ich szlugiem, to sprawdzony pretekst. Jeden z nich właśnie kończył skręcać jointa, drugi szedł po browary, rysowała się wspólna płaszczyzna porozumienia. Mieszkali w Sintrze, mieście słynnym z bajkowego pałacu na wzgórzu. Od słowa do słowa, pojawia się opcja na wspólny transport z Lizbony, grill, piwo, a całość ewoluowała ku tak zwanej trzydniówce.










Żal opuścić Sintrę nie zwiedziwszy bajkowego pałacu - z drugiej strony zatankowana terenówka kusiła, więc krążyli bez końca po okolicznych krętych drogach.











Poranek minął na bezskutecznym wymachiwaniu kciukiem w kierunku mijającyc samochodów. Czas mijał, aż zainwestował w zorganizowany transport drogowy, wieczorem znalazł się w Coimbrze.