(25) Padum - Kargil
Druga w nocy, ulica, zimno, czekamy na autobus. Razem z nami tłumek na oko wypełniający dwa autobusy, a my nie mamy biletów. Kurs jest co drugi dzień, a jaki kierowca ma dobry weekend, to i co trzeci. Wreszcie przyjeżdża, już załadowany, dzikim fuksem zdobywamy miejsca. W środku ludzie jak sardynki, w przejściu, na pudełkach i bagażach. Wreszcie ruszamy. Zdobywam miejsce siedzące, na tyle, koło autochtonów. Da się spać, choć telepie niemiłosiernie na wertepach, dodatkowo chyba ktoś mi robi zdjęcia.

Bladym świtem chwila przerwy, zatrzymujemy się przed herbacianym namiotem. Ludzie wysiadają jedynymi drzwiami i wszystkimi oknami, dzięki czemu idzie sprawnie i szybko. Sąsiad jedzie z żoną, dzieckiem i kałasznikowem.

Na pierwszym dłuższym postoju przenosimy się na dach autobusu. Wśród bagaży są jakieś materace, rozkładamy i na nich się mościmy.




Co kilka godzin wojsko spisuje nas z paszportów. Kargil jest dość gorącym miejscem, dopiero z niego można podróżować do Leh lub do Srinagaru - stolicy Kaszmiru. W pobliżu posterunków musimy zejść z dachu ze względu na wojsko. Droga dłuży się niemiłosiernie, ostatnią godzinę musimy spędzić w środku. Masakra, nad głową ryczy głośnik, te same indyjskie chałaśliwe melodie zapętlone.
Na miejscu umawiamy się z ekipą na obiad i lecimy do hotelu: pokój, prysznic, bankomat, obiad. Po drodze ustawiamy transport do Srinagaru - gość naulicy prezentuję toyotę, odjazd o drugiej w nocy (tradycja jakaś?), cena przystępna, całość wygląda zbyt pięknie, zbyt kusząco, decydujemy się. Chowmin, taki makaron z czymś na kolację i spać.