CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Poniedziałek, 1.V.2006, wieczorem wyruszamy...

1 maja 2006 Włochy 2006

Budzi nas perkusja, bębnienie dobiega zza namiotu. Za naszymi krzakami rozłożyła się scena, nad nią jakies transparenty i zamaszyste bębnienie, jakieś próby przedkoncertowe. Pogoda dopisuje. Powoli zwijamy się, nadciaga pochód pierwszomajowy, trochę dziwny: osobnicy w wieku 40-50 lat bez zacięcia wymachują flagami, na flagach głównie Che lub napis "PEACE" na tęczowym tle. Całość dość dychawiczna, aż zionie nudą. Dzień mija na weneckim szwędaniu się.

Popołudniem udajemy się po plecaki celem ewakuacji z miasta. Początkowo lokujemy się tam, gdzie zawijają samochody, miejsce zdaje mi się być dobre. Sporo aut zatrzymuje się, ludzie wsiadają, wysiadają, jednak my cały czas w tym samym miejscu. Udajemy się kawałek dalej, na wiadukt prowadzący w kierunku lądu, tam jest stacja benzynowa. Niestety nieczynna, miejsce jest dość średnie, ale nie ma nic lepszego. W końcu ktoś nas zabiera na pierwszą stację przy autostradzie, pozytywnie. Potem jedziemy na następną i tu dość długo nic.

Facet tankujący gaz klientom to sympatyczny staruszek, trochę szmerglowany: nagabuje tankujących Murzynów, by nas zabrali na noclego do siebie do domu. Trochę mota zamieszania, ale potem gdzies znika. Blisko północy zabiera nas srebnre BMW. Gość jedzie kawałek za Rzym, ziomal ze Śląska, słuchamy ektremalnie głośnego techno lub swojskiego hip-hopu, grunt to mijające kilometry. Blisko czwartej w nocy zostajemy na nocleg koło Rzymu, wino i świt wstaje. Do Neapolu już tylko 300 kilometrów. Pozytywnie.

Niedziela, 30.IV.2006, deszczowe miasto Wenecja
Wtorek, 2.V.2006, Neapol