Poniedziałek, 8.V.2006, koniec rzymskich wakacji
Skoro świt budzi nas coś niby deszcz, ale to chyba tylko wersja demo, bo przestaje padać, zanim zareagujemy, więc pozostajemy po uszy w śpiworach do południa. Spaliśmy w ruinach czegoś bardzo antycznego:

Dziś jest ciepło ale pochmurnie. Pyszna kawa w małej knajpce, na ścianach plakaty ze starych filmów, klimatycznie. Potem pod Koloseum tamtejsza policja czepia się nas dość agresywnie o kopanie kawałka kolumny leżącego na chodniku i w zasadzie nie wiadomo o co chodzi. W sam raz na poprawienie nastroju pojawia się grafitti:


Odkrywamy najstarszą znaną mi toaletę, w dodatku o wysokiej wartości historycznej:

Potem krążymy po uliczkach miasta, aż osiadamy w starym hipodromie chłonąć miasto. Ostatni rzut oka na Sekwanę:

Potem udajemy się na pożegnalne spaghetti u Ingi:

Lekko się zasiedzieliśmy, po drodze nabywamy jeszcze po czajniczku do kawy i spóźniamy się na pociąg w kierunku lotniska. Następny jest za pół godziny i lekki stres nam się włącza. Ganiamy dzikim kłusem po terminalach, tam i powrotem: ale skąd niby mam wiedzieć, który korytarz prowadzi do lotu numer 1234? Ten oznaczony literą „A”, ten z „B”, a może ten od litery „C”? Tak czy inaczej, lot jest opóźniony, ale za to mamy darmowy posiłek. I znowu dobrą godzinę szukamy tego bonusu, niestety dostajemy tylko ochłap kanapki teoretycznie na ciepło i wodę, ale za to podróżujemy sobie fajną kolejką żywcem wziętą z HalfLife2. megafon informuje o rosnącym opóźnieniu. Krystalizuje się grupa Polaków zjednoczonych wspólnym odlotem, typowe narzekania „oni, to zawsze, panie, się spóźnią” tudzież zblazowane miny zatwardziałych obieżyświatów. Podobno nie można opuścić terminala, ale tylko podobno. Chwilę później raczymy się winem w cieniu palm, a niebo jest nad nami gwiaździste.
