(16) pożegnanie z Lamayuru
Wczesna pobudka, zimny prysznic i masa wątpliwości, w końcu dziesięć dni to nie przelewki, można zapomnieć czegoś ważnego, nie naładować baterii w aparacie lub też zanudzić się na śmierć (gdyby, oczywiście, było nudno). Nasi sąsiedzi z Francji czują się dziś zupełnie dobrze, czyli nic poważnego, całe szczęście. Po śniadaniu zbieramy plecaki i idziemy na spotkanie z naszym przewodnikiem. Juki pełne kaszy, ryżu i innych dóbr jadalnych już są gotowe. Ostatnie spojrzenie na Lamayuru i ruszamy, najpierw dnem doliny, wzdłuż potoku, by skręcić w boczną dolinkę.




Początek jest dość łatwy, ścieżka prowadzi lekko pod górę, ale z czasem zaostrza się.

Mijamy się z karawaną przynajmniej sześciu koni objuczonych kuframi, to Amerykanie. Zaznajomimy się z nimi za kilka dni.


Łagodna z pozoru ścieżka wspina się ostro na przełęcz, nic przesadnego, ale brak kondycji daje się we znaki utrata oddechu i pulsującym tętnem.




Gdzieś po drodze mijamy logo obrazujące dwie zabawiające się kijanki. Musi to jacyś turyści uświetnili trasę:



Okolica, choć pustynna, niezbyt dzika. Zieleń sygnalizuje pracę ludzkich rąk.


Jak wygląda hotel, każdy powinien wiedzieć. W razie, gdyby nie wiedział, tabliczka informuje: przed nami hotel i camping.


Jednak nie tu zatrzymamy się na nocleg, ale to bardzo dobrze, idziemy zaledwie trzy godzinki. Z duszą na ramieniu wypatruję skał, przepaści i łańcuchów - dziś wyszedłem w sandałach. Na horyzoncie pojawiają się kolejne zabudowania.

Rozkublaczone konie cieszą się życiem. To już chyba koniec na dziś. Dzień lekki, nie za długi, taka wprawka.

Nasz przewodnik pochodzi z wioski leżącej w połowie naszego treku, niski, krępy i bardzo pogodny góral. Porozumiewamy się szczątkami angielskich wyrazów, gestami i uśmiechem. Kiedy docieramy do obozowiska, namioty już są rozstawione, obiad się gotuje, a konie oporządzone. Istny magik i tak go zaczynami tytułować. Po posiłku rozbijam się z książką w pobliżu żniwiarek.


Rysuje mi się w głowie obraz treku. Pobudka skoro świt, jak tylko jasno się zaczyna robić, czyli w okolicach szóstej rano. Potem śniadanie, pakowanie i w drogę. My, jako turyści, idziemy własnym tempem, a magik z końmi własnym. Postoje po drodze - wedle uznania, ale bez niego. Facet idzie niezbyt szybko, ale trzyma równe tepmo i nie zatrzymuje się, więc na dłuższą metę trudno mu dotrzymać kroku - nie ma potrzeby, noclegi wypadają w zafiksowanych miejscach, a i zgubić się jest trudno.
Dzisiejsze miejsce to malutka wioska, kilka udeptanych placyków to campingi, mały sklepik z herbatą i drobiazgami, beczka z wodą i to w zasadzie tyle. Dość ludno, większość treków wychodzących z Lamayuru kończy pierwszy dzień tutaj. Amerykanin z namiotu obok nawiązuje kontakt częstując owocami z puszki. Samotny podróżnik, jogin, bije od niego powolna dostojność gestów, schludność i spokój. Gadamy do zaśnięcia, długo po zmroku, do zaśnięcia.