sobota, 29.IV.2006, przez słowenię do wenecji
Budzi nasz deszcz bębniący w namiot oraz ten drugi, przesiąkający przez śpiwór od podłogi. Zbieramy się i w drogę, nasz kierowca trochę nasz wkurza. Na żadne pytanie nie odpowiada wprost, ciężko wyczuć którędy chce jechać, ciągle mówi o czym innym. Słowenia wygląda zaskakująco cywilizowanie i dość schludnie, robi dobre wrażenie. Popołudniem docieramy pod Triest i tam z ulgą opuszczamy kabinę.
Dalej siąpi deszcz, podobno jesteśmy parę kilometrów przed granica włoską. Gorąca kawa z automatu, szybki posiłek i zaczynamy łapać stopa na granicę. Jakiś facet mocno się dziwi, ale zabiera nas - ma rację, granica jest dwieście metrów za stacją i mogliśmy tam iść piechotą. Seria krótkich skoków po kolejnych stacjach benzynowych, niebo rozpogadza się by ponownie zaciągnąć chmurami.

Na koniec strasznie sympatyczna laska zabiera nas już do celu. Wprawdzie jedzie gdzieś w okolice Padwy, ale podwiezie nas już do samej Wenecji.
Deszcz chwilowo nie pada, szybki posiłek, ja poproszę kebaba a Xyva woli zupkę pomidorową z kruszonymi kotletami sojowymi. Oraz wino do kolacji, oczywiście. Jest już po dwudziestej, kiedy zakładamy garby i zapuszczamy się w labirynt uliczek oraz kanałów. Nie minęło czasu mało - wiele, gdy zabłądziliśmy na plac patrona miasta. Po drodze trafiamy na sklep "wine to take away". Butelka kosztuje 3,50 euro, jednakże budzi zaufanie, więc decyduję się na uzupełnienie uszczuplonych już zapasów. Trochę ludzi, deszczowo i orkiestra. Niespiesznie popijamy wino, odpoczywamy.



Jakiś młody człowiek pyta "are You gonna sleep on the streets?" i nawiązuje się rozmowa. Pochodzi z Meksyku, zwiedza stary kontynent, resztę wieczoru spędzi popijając wino z nami. Jakiś czas później przenosimy się na nadbrzeże, a gdy ilość wody z nieba rośnie - do sporej bramy. Na nocleg wybieramy krzaki w parku w południowo - wschodniej części Wenecji i tam właśnie rozbijamy namiot. Ciasno, mokro i zimno, wino się skończyło, ale i tak jest zajebiście.