CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Sobota, 6.V.2006, zobaczyć Neapol i rzuszyć do Rzymu

5 maja 2006 Włochy 2006

Długo się zbieramy, pakujemy, żegnamy. Ostatnia pizza margerita po neapolitańsku, ostatni heineken...

Miejsce, które wybraliśmy na start na mapie wyglądało obiecująco. Widokowo było piękne, panorama zatoki i miasto u stóp. Miało jednak potężny techniczny defekt, wąską jednopasmowa serpentyna stromo szła w górę, a na jednym z zakrętów w głąb skały odchodził tunel opatrzony tabliczką "autostrada. no autostop". Duży ruch i brak skrawka pobocza. Nie znajdujemy szczęścia pod drzewkiem pomarańczowym nieopodal, desperacko szukamy, absolutnie bezskutecznie.

Późnym popołudniem dzikim fuksem zabiera nas elegancka alfa z niemniej eleganckim kierowcą, potem dalej nowa limuzyna z Monachium, po prostu jazda próbna po autostradzie nowym BMW w wersji wypasionej. Już po zmroku dojeżdżamy do celu z sympatycznymi włochami, co zdecydowali zabrać nas zamiast odwiedzać ciocię po drodze.

Rzym nie jest do końca oczywisty. Np autobus niekoniecznie zatrzymuje się na swoim przystanku, natomiast dość często ludzie wsiadają przecznicę dalej, nie wiedzieć czemu. Lokalny żul spokojnie pali kiepa, jedziemy do centrum. Na pierwszy ogień Corso i Ołtarz Ojczyzny. Zbliża się północ, ale jakiś patron autostopu zszyła nam za pomocą kumpla telefon do kogoś, kto zna kogoś, kto kiedyś był w Rzymie. Ten ostatni namierza nas na Ingę, co podobno pracuje w jakiejś knajpie gdzieś koło jakiegoś kościoła. Podobno bardzo łatwo znaleźć. Ogólnie na czuja idziemy poszukać Ingi, ani jej nie znamy, ani ona nic o nas nie wie, ale akurat nie mamy innych planów na wieczór, więc szuramy z buta pod Basilica di Santa Maria Maggiore i tam w zatłoczonej knajpie Xyva ją odnajduje. Inga sprawia wrażenie, jakby właśnie na nas czekała ;-) U niej to zostawiamy bety poza tradycyjnymi kompletem karimat i śpiworów; z takim właśnie rynsztunkiem po szybkiej kawie ruszamy na podbój Rzymu.

Zaczynamy od Koloseum, od tambylców dowiadujemy się, że wino zakupić można wylko w restauracjach, tam kawałek jest tania, 17euro za najtańsza butelkę. Ruszamy dalej, gdzieś w pubie 4 piwa w plecak i ruszamy. Niestety poznaliśmy kolejną Niepisaną Zasadę Rzymu: jeśli kupujesz 4 butelki piwa na wynos, uprzejmy sprzedawca otworzy je zanim zdązysz zaprotestować. Uzupełniamy stężenia pod Forum Romanum i dalej, z widokiem na Vittoriano:

Nasz święty ujrzał puste butelki po piwie, zapłakał i zaraz po drugiej stronie znaleźliśmy butelkę niezłego wina. Czerwone, półsłodkie, dokładnie takie, jakie chcieliśmy pić w Rzymie. Kierujemy się nad Tyber posiedzieć z winem w garści.

Xyva mówi, że dziś to dzień (noc) na Campo de' Fiori i ma rację, toteż tam się wybieramy. Niestety plac tego dnia ewidentnie miał kaca, więc czemprędzej udaliśmy się dalej, pod di Trevi. Tam, tuż obok fontanny w małym radiowozie spokojnie spało dwóch umundurowanych stróży prawa. Znaczy, spokojna okolica. Myślę, że tego faktu nie należy łączyć z Million Marijuana March http://www.millionmarijuanamarch.info/, który dziś odbył się w mieście, jak się później dowiedzieliśmy. Już świtało, kiedy minęliśmy Panteon i przez Hiszpańskie Schody zawitaliśmy do Villa Borghese, gdzie spoczęliśmy.

galeria: 2006-italia

Piątek, 5.V.2006, w Pompejach
Niedziela, 7.V.2006, buszujący w Rzymie