Środa, 3.V.2006, znajdujemy neapolitańską bazę
Budzą mnie jakieś głosy, wystawiam głowę ze śpiwora, jestem totalnie zaspany. Jakieś dwie panie mówią do nas po włosku coś, podają reklamówkę z hipermarketu. Mamrocząc podziękowania kładę ją koło plecaków i zaciągam śpiwór odpływając we śnie. Xyva coś do nich jeszcze mówi, ale ja nie rejestruję.
Druga pobudka koło południa. Słońce obdarza skwarem przez gałęzie, dookoła nas bawią się dzieciaki, w cieniu siedzą babysitterki. Sprawdzamy reklamówkę, w środku dwa croissanty oraz kawa w butelce po włoskim kubusiu. Łowimy uchem polską mowę, ja udaję się na zakupy śniadaniowe, a Xyva konwersuje. Dowiadujemy się sporo o mieście, wymieniamy telefonami i ruszamy kolejką na plażę. Plaża jest mała, piasek jest szarobury, walają się w nim śmieci i ogólnie syf panuje, ale nie mając większego wyboru, rozbijamy obóz. Xyva, jako pierwszy odważny wskakuje do wody i wyciąga z dna krzesło. Moją uwagę przyciąga koleś, co siada dwa metry dalej i skręca jointa. Pływamy, byczymy się, pijemy zimne piwo, gotujemy spaghetti i w tak mija dzień.
Popołudniem udajemy się w centrum Neapolu wyszukac jakieś miejsce noclegowe, doświadczenia wczorajszej nocy wskazują, że czasem nie jest to aż takie proste. Dzwonimy do ludzi z CouchSurfing, ale z róznych powodów odmawiają. Niespodziewanie Renata poznana dziś rano przychodzi z pomocą: podaje numer telefoniczny, pod którym znajdujemy nocleg u mieszkających tu na stałe Polaków. Maszerujemy pod wskazany nocleg, wąziutka klimatyczna uliczka, jeszcze bardziej klimatyczna ciemna brama, trzecie piętro i jestesmy na miejscu. Nasi gospodarze są bezpośredni i bezproblemowi: dostajemy miejsce noclegowe i klucze do mieszkania bez pytania o nazwisko czy cokolwiek. Po zapoznaniu się ruszamy na miasto, spędzamy wieczór pod bastionem, słońce nas nieco sponiewierało na plaży.