CanaBSD

ori0n, w taki lub innym ujęciu

Welcome to where time stands still (21)

11 sierpnia 2005 Indie 2005

Piątek, 12/08/2005, McLeod Ganj (21)

Dziś na śniadanie, coś dla ludzi, uczta omletowa. Tomek dołącza, dziś żołądek lepiej, zachęceni sukcesem gotujemy budyń czekoladowy doprawiony kawałkiem charasu. Spożywamy. Nic się nie dzieje. Nagle Tomka zmiata, idzie spać i budzi się dopiero po jakiś dziewięciu godzinach. Dalej nic się nie dzieje, choć dzień jakiś senny, leniwy ;-) Zimny prysznic, potem poszukuję internetu, niestety brak prądu w chyba całym mieście poza naszym dormem. Braian zniknął, czas się zawiesił. Sprawdzam aparat - zgon. Idę pozwiedzać, kwadrans spacerkiem drogą zboczem przez las w stronę Dharamshali magiczne miejsce - omszały kościół pomiędzy starymi drzewami, obok kamienne pojedyńcze nagrobki, szczątki nagrobkó, celtyckie krzyże, wszystko spowite mgłą, cisza, niesamowicie.
  Dalej w dół i czaj w miniaturowej herbaciarni, oprócz mnie dwóch zasuszonych staruszków, w tym miejscu czas płynie, ale nie przynosci zmian.
  Wracam, spotykam Braiana, to jest dobry pretekst by coś dobrego zjeść. Potem czytam w hotelu, Tomek dalej nie daje znaku życia. Potem ktoś wpada przejęty - pojawiło się słońce! Wszyscy wybiegamy zobaczyć, aparat dla odmiany budzi się i zasypia po jednym zdjęciu ;-)     Zaczynają się dylematy, co dalej, gdzie i kiedy jechać? Ladakh i Leh, Kaszmir? Brzmi nieźle, tylko czasu mało. Gdzieś w dzikie góry, poza zasięgiem Lonley Planet, ciepłe źródła w Manikaran? Może... Riszikiesz i lodowcowe źródła Gangesu? Tez super, ale żal Ladakhu. Trochę presji, piętnastego planowałem wyjechac z Indii, ale coś wisi w powietrzu, czyżbym miał zostać tu dłużej? Chyba poczekam, aż czas pokaże. You never know. Po dwudziestej Tomka budzi mega gastrofaza, zjada ogromny obiad, na deser paczkę herbatników i słoiczek miodu, wielkie czekoladowe ciastko i już nie pamiętam co jeszcze ;-) Potem znowu spać, więc wracamy do hotelu.
  Niemki - Julia i Ana jednak okazują się rodzonymi siostrami, choć jedna ma dready i ciemną karnację, a druga blond słowiańską urodę Helgi (ogólnie Helgi, nie jakiejś konkretnej Helgi). Kupiły na miejscu discmana, głośniki i "india disco feaver", Boney M i Lambada w hinduskiej aranżacji, bomba. Impreza niczym w akademiku, każdy częstuje tym, co ma dobrego. O pierwszej w nocy gotujemy drugi budyń - dla odmiany bez charasu - i tak jest już wesoło ;-) Tomek wkręcił sobie, że faza zostanie mu już na zawsze i nigdy nie wytrzeźwieje, niestety nasza wesołość bierze górę nad powagą sytuacji, Lidia zazdrości tak niskiego spalania.

Rain Walk With Me
(22) Waiting for the sun